Dni 15 i 16 lipca 2026r. na zawsze pozostaną w moim sercu. Był to dla mnie wyjątkowy czas łaski, modlitwy i osobistego spotkania z Jezusem Miłosiernym w kopii Jego wileńskiego Wizerunku.
Nawiedzenie Obrazu w naszej parafii Trójcy Świętej w Rudniku nad Sanem poprzedziły intensywne przygotowania. Świątecznymi dekoracjami i kwiatami przystrojono domy, obejścia i ulice, aby godnie powitać Tego, na którego wszyscy czekaliśmy. Zadbano jednak nie tylko o to, co widoczne dla oczu. Jeszcze ważniejsze było przygotowanie duchowe. Przed konfesjonałami ustawiały się kolejki. Odmawialiśmy Nowennę do Miłosierdzia Bożego, a podczas rekolekcji wsłuchiwaliśmy się w słowa ks. dra Adama Kopcia, pozwalając, aby dotykały naszych sumień i otwierały w nas to, co przez lata mogło być zamknięte. Wszystko po to, aby Jezus Miłosierny, przychodząc do naszej parafii, mógł znaleźć w nas serca przygotowane na Jego obecność – oczyszczone, pojednane i spragnione Jego Miłosierdzia.
Myślałam wówczas: Czy moje serce jest równie pięknie przygotowane jak nasze domy? Czy jest miejscem, w którym Jezus zechce zagościć na stałe? Czy znajdzie w nim pokój, miłość i otwarte drzwi?
Zostałam z tymi pytaniami do momentu przywitania kopii Obrazu Jezusa Miłosiernego. Patrząc na Jego Wizerunek, miałam świadomość, że oto przede mną Ten, który zna mnie najlepiej. Odniosłam wówczas wrażenie, że właściwie to nie ja patrzę na Jezusa, ale On na mnie i to prosto w moje serce. I dobrze wie, jakie ono jest.
To była głęboko wzruszająca chwila- pełna niepewności, ale i wdzięczności oraz ufności.
Wielkim przeżyciem była też dla mnie uroczysta Eucharystia i wieczorna Droga Krzyżowa ulicami miasta. Każda stacja otwierała kolejne drzwi mojego serca i coraz mocniej uświadamiała mi, że nie muszę sama dźwigać swoich krzyży – tych widocznych dla innych i tych, które noszę głęboko, w ciszy własnego serca. Mogę przecież zatrzymać się przy Jezusie, spojrzeć na Niego i oddać Mu to, czego sama nie potrafię już unieść. Wystarczy złożyć swoje krzyże u Jego stóp. I tak też uczyniłam…
A później, kiedy zapadła noc, a sen nie przychodził, znów zasiadłam w ławie parafialnego kościoła, w którym trwały modlitewne czuwania, śpiewy uwielbienia i adoracja Jezusa. Ktoś przychodził, ktoś odchodził, ktoś klęczał, ktoś płakał, ktoś po prostu siedział i patrzył na Jezusa. To były godziny, podczas których i ja mogłam po prostu być i milczeć. Więc byłam i trwałam przy Miłosiernym Sercu Jezusa. Bez zbędnych słów.
O północy popłynęła modlitwa o powołania kapłańskie, a następnego dnia za chorych. Za serca, które cierpią. Za okaleczonych na duszy i ciele.
Wiem, że Jezus był przy nich – tak samo blisko i prawdziwie – jak w szeptanym Różańcu i odmawianej Koronce, prostej, ale jakże wielkiej modlitwie, bo mieści w sobie miłosierdzie dla całego świata i dla każdego, nawet najbardziej zatwardziałego grzesznika. Też dla mnie, moich bliskich, dla tych, których kocham, dla tych, którym trudno mi wybaczyć, i dla tych, których już nie ma ….
A potem była Eucharystia i nadszedł czas pożegnania. I chyba wtedy najbardziej odczułam, jak bardzo te dwa święte dni stały się częścią mojego serca. Patrzyłam, jak Obraz Jezusa Miłosiernego odjeżdża do sąsiedniej parafii.
I zrobiło się smutno…
W tej samej chwili przyszła jednak myśl: Przecież Jezus wciąż jest z nami. Jest obecny w każdym sercu, które potrafi powiedzieć:
„Jezu, nie rozumiem wszystkiego, ale Ci ufam. Nie potrafię wszystkiego udźwignąć, ale wiem, komu mogę to oddać.”
Bo prawdziwe spotkanie z Jezusem nie kończy się wraz z pożegnaniem. Ono dopiero zaczyna się w sercu.
I za to, że zagościłeś u mnie, dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję zwłaszcza za to, że pozwoliłeś mi poczuć, że nawet wtedy, gdy wydaje mi się, że idę sama, Ty jesteś ze mną. Obok. Zawsze.
Wystarczy tylko ufać.
Autor: Teofila
